Blog w likwidacji.
Zakładki:
Kuchnia nowoczesna
piątek, 15 kwietnia 2005
Warzywniak psychiatryczny V
Wedlowska "Czekolada mleczna truskawkowa". Pychota.

Ale wychodzi na to, że mleko jest truskawkowe. No albo ta czekolada jest mleczna, albo truskawkowa! Ewentualnie czekolada jest mleczna, a nadzienie truskawkowe... Ja konksekwentnie trzymam się ostatniej wersji, gdy w sklepie omawianą czekoladę kupuję.

A o tym, że faktycznie czekolada jest mleczna, a nadzienie truskawkowe, dowiadujemy się dopiero z małego druku z tyłu opakowania.
wtorek, 05 kwietnia 2005
Warzywniak psychiatryczny IV
Leży przede mną opakowanie po "Czekoladzie mlecznej z nadzieniem truskawkowym". Opakowanie, jak i sama czekolada, pochodzą z trudnego do zidentyfikowania wydawnictwa, ponieważ nazwa wytwórcy jest wypisana czcionką o maksymalnej wysokości milimetra. Jednego milimetra, żeby nie było wątpliwości.
Specyfik to wątpliwej jakości, przyjemności przy jego jedzeniu zaznać się nie da. Sam zapach budzi pierwsze wątpliwości, które urastają do wysokości Mont Blanc po wpakowaniu sobie specyfiku do ust. Niepołykalne. Delikatnie mówiąc niesmaczne.
I choć ważność nie minęła, smak czekolady przypomina papier, a nadzienia truskawkowego - rozwodnioną pastę do zębów.
To wszystko pewnie przez te "40%" w nawiasie, umieszczone za "nadzieniem o smaku truskawkowym" w nagłówku składu chemicznego.
Sprawdziłam wszystkie E-: barwniki, syntetyki, zagęszczacze i inne cuda, poszukując trujących, zabronionych, wywołujących trudności żołądkowe i uszkadzających układ trawienny. Kartka z podstawówki oddawała mi nieocenione zasługi. Mimo to żadnych grożących szpitalem ani nawet radioaktywnych składników nie znalazłam.
Dziwne. W czekoladzie wyraźnie dawały się wyczuć elementy nienaturalne. Na zasadzie rozpoznawania zsiadłego mleka lub wyczuwania zepsutego jajka.
piątek, 01 kwietnia 2005
Warzywniak psychiatryczny III
Teraz coś z mojego własnego podworka.
Siedziałam kilka dni temu w pokoju z Alejandrą. Przeglądałam papiery. Nawinęła mi się pod ręce kartka z zeszytu do polskiego z linią jak do pierwszej klasy podstawówki. Zapisana jakimiś kolumnami.
Alejandra z uprzejmym zainteresowaniem zapytała:
- Co to?
- A wiesz-odrzekłam-to z podstawówki, wychowawczyni przyniosła kiedyś skądś coś...-zamyśliłam się i postanowiłam jednak skonkretyzować-znaczy z domu pewnie, na lekcję wychowawczą, co jemy w jedzeniu. I dyktowała, więc spisałam w nadziei, że w przyszłości się przyda.
- Cóż za mądrości tam masz?-dociekała Alejandra, na co ja, z prędkością kosmiczną, zarzuciłam ją informacjami:
- To dodatki spożywcze, posegregowane na barwniki, konserwanty, antyutleniacze, emulgatory, koniec kategorii, wszystkie te świństwa zaczynają się od E- i po tym mają numerek, i na przykład jedne są normalne, znaczy nieszkodliwe, ale przemożna większość to zabronione, be-niebezpieczne, podejrzane, zakłócają, szkodzą, wypaczają, niszczą, jeszcze inne są radioaktywne...
I tutaj grobowa cisza. I oczy Alejandry wybałuszające się na mnie z każdą chwilą coraz bardziej.
- Radioaktywne...-powiedziała, zaśmiewając się.
- Radioaktywne-dotarło do mnie, co powiedziałam.-Rakotwórcze znaczy...

Tym sposobem mamy w jedzeniu radioaktywne czynniki. Taki skłodowski polon na przykład w polo-kokcie, ameryk i kaliforn w żarciu ze Stanów Zjednoczonych (dlatego lepsze krajowe), ferm w jajkach i kurczakach, pluton w wojskowej grochówce, uran w szczególności we wszystkim, rad przed 1991. rokiem z upodobaniem w imporcie zza wschodniej granicy, a aktyn i proaktyn obecnie w napojach izotonicznych.
A ja Nobla proszę.

A, przypomniałam sobie wierszyk reklamujący ciasteczka, dawno zadeptane przez konkurencję:
"Kuku-ruku są śmierdzące,
rakotwórcze i trujące."
Smaczego!
Warzywniak psychiatryczny II
Kwiecień powitam kwiatkami z koszyka "producenta mlecznych rozkoszy":

- Poproszę jogurt truskawkowy-zażyczyła sobie elegancka kobieta.
- Który?
- A ta "Izabella" Ciotu moze być [zapis wymowy].
Jej córka pewnie ma na imię Jogobella, dlatego jej się myli.

- Ten "Deser z Koroną" to jakiś przysmak kibica?-zapytał obcięty na bardzo krótko nastolatek z szalikiem kieleckiej "Korony" na szyi.
- Raczej nie, bo to chyba nie kielecki jogurt, to dlatego, że jak zjesz, to ci korona na głowie wyrośnie-wyjaśniła rzeczowo ekspedientka.
Osobiście wolałabym, żeby poza włosami nic mi na głowie jednak nie rosło.

- Ma pani jogurt jagodowy Zottu?
- Ciot nie prowadzimy-odpowiedziała, z widocznym obrzydzeniem, posunięta przez czas ekspedientka.

- Poproszę jakąś "mleczną rozkosz"...-powiedział przewrotnie, podchodząc do lady,  pewien młodzieniec na widok ekspedientki, blond piękności.
- Maślankę mamy-usłyszał w odpowiedzi.-Pan życzy?
środa, 30 marca 2005
Przewidzenia 2
Czytałam właśnie artykuł "Echa Dnia" o likwidacji kieleckiego ronda Herlinga-Grudzińskiego. "Teraz drogowcy opracowują koncepcję, w której ulica Czarnowska pozostaje bez zmian, ale zmienia się onanizacja na ulicy Paderewskiego". Onanizacja na Paderewskiego.
A, racja! Podobno był tam swojego czasu w okolicach przystanku czy też seks-szopu jeden ekshibicjonista, co lubił to, a zwłaszcza ovo (w sztukach dwóch) pokazywać. Stąd to przewidzenie nietypowe.
W tekście oczywiście "organizacja".
Sama nie wiem. Jak oni puszczą autobusy? Jak oni puszczą moje trzydzieści pięć?!
Hm... Z pewnością... samo się puści!

Ale - nie bójmy się zmian!
Dialogi na szarą pogodę 2
-Ja chyba jestem do niego genetycznie upośledzona...
-Co jesteś??
-Uprzedzona, znaczy!
-To też...
To mój z Aneczką. Znaczy Roxany z Aneczką. Jeszcze tylko nie wiem, czy go wrzucić do "Nasza babka musi zginąć", czy przetrzymać na inną okazję.

A teraz motto. Moje. Jedno z wielu zresztą.
Dzień bez kłopotów to dzień stracony.
Dlatego idę sobie kłopotów poszukać. Na przykład szlachetnie i dzielnie kontynuując akcję "Wypierdziel z lodówki wszystko, co się da". Brat jak wróci i się dowie, będzie zaskoczony. Przy okazji - wypadałoby wymyślić jakąś krótszą nazwę dla akcji. Od półtora roku jest taka długa i nieporęczna.
Przewidzenia 1
Z cyklu "Przewidzenia" - przewidzenie pierwsze spisane:
Wstałam rano, z trudem syzyfowym zwlokłam się z posłania i, podnosząc swoją osobę, rzuciłam okiem na leżące na wersalce stosy makulatury. Gdzieś na pomarańczowo błysnęły mi litery "Garwolin". Rany koguta przejechanego! Złapałam się za głowę i myślę, jaki znowu "Garwolin", co to za gazeta!?
Leżał tam oczywiście, wypisany wołami, "Glamour".
A teraz czekam na aplauz.
Centymetr i my
Nie mogłam spać. Brzuch bolał i ledwie oddychałam. Nie miałam nikogo do sztucznego oddychania metodą przenoszącą bakterie z jamy gębowej ratującego do jamy gębowej potrzebującego pomocy i odwrotnie. Z tego też powodu, dla własnego bezpieczeństwa, abym mogła kontrolować swój oddech, nie spałam już od czwartej.
Nagle usłyszałam jakieś drapanie drzwi pokoju. Drzwi się otworzyły i poczułam charakterystyczny zapach szczenięcia. Jasne, Centymetr wparował, a że sypiam regularnie od prawie dwóch lat na podłodze, zaczął uskuteczniać spacery po mojej poduszce. Grrr! Na szczęście Mać go zabrała. Potem wpadł jeszcze raz.
Teraz Mać z Terrorystą Rodzinnym (czytaj Papą; sama nie wiem już, jak brzmi lepiej i jak ja chcę na niego mówić...) wyemigrowali. A Centymetr śpi obok mnie na dywanie. Słodki!

Odkąd pojawił się w naszym domu, jest go coraz więcej. I tak:
- więcej ma w pasie;
- powiększają mu się, to jest rosną, zębce;
- coraz więcej je;
- z powyższego wynika, że coraz więcej urobku wydala z siebie;
- jest widoczny, coraz więcej jest go w domu, bryka radośnie i hasa, hulanki i swawole uprawiając;
- i w ogóle, i w szczególe.
Poza tym ma:
- pchły, już kilka razy się drapał na moich oczach;
- robaki w brzuchu, jak zapewnia mnie Brat;
- cztery łapy i wesoły ogon;
- zapach kawy w pyszczku (pani weterynarz też to zauważyła, mimo to ja byłam odkrywcą owego kurioza);
- apetyt;
- ogromną, przemożną chęć gryzienia wszystkiego, co mu pod szczęki nieopatrznie podejdzie, szczęściem na razie kąsa lekko;
- inne takie.

Centymetr był już razy kilka na spacerze, więc widział świat zewnętrzny i Rebekę, przepraszam, Sarę, ale Mać stwierdziła, że z innymi psami na razie nie będzie się kumał. Przyjdzie czas.


A teraz z innej beczki kiszonej kapusty: w domu wszystko nieprzerwanie i w niewytłumaczalny, tajemniczy sposób ginie. Ostatnią poważniejszą ofiarą jest piórnik Brata, po raz ostatni widziany w dużym pokoju przed świętami. Rysopisu zaginionego nie podaję, gdyż nie ma szans na odnalezienie go poza mieszkaniem.
Przypuszczam, że znajdzie się przy okazji remontu w naszym, moim i Brata znaczy, pokoju.
wtorek, 29 marca 2005
Dialogi na szarą pogodę 1
Dialogi w większości nie wymagające komentarza.


Brat po powrocie ze świata zewnętrznego:
- Pęka mi skóra, sucha jest taka...
- Smaruj sobie "Dermosanem"-poradziła Mateczka.-"Dermosanem", a nie tym kremem!-dodała.
- Nie!-żywo zaprotestował Brat. Ubzdurał sobie ten krem i kremem będzie się smarował, pacan!-Właśnie że kremem się będę!
- "Dermosanem", durniu!-wpadłam na scenę kłótni.-Bo ten krem to jest dla starych bab!
- I ja go używam...-dodała Mama.
poniedziałek, 28 marca 2005
Warzywniak psychiatryczny I
Dialogi zebrane z osiedlowych sklepów warzywniczych, pobliskiej giełdy oraz marketowych stoisk z jarzynami. Wzbogacone o rozmowy z lokalnych spożywczych, delikatesów oraz innych obiektów handlu detalicznego, a także o monologi i przemyślenia swobodne. Wszystko związane nierozerwalnie z wytworami rolnictwa oraz przemysłu spożywczego.


Na pierwszy ogień zakupiony wczoraj przez Mać jogurt Bakomy "Naturalny".
Jak wynika z interpretacji logicznej pozycji graficznych na opakowaniu, jogurt powstał na bazie kwiatów niezapominajki. Nie ma to jak kwiatowy akcent w przemyśle spożywczym. Na tym na pewno nie utyjesz. Przeleci przez Ciebie jak woda bez pozostawiania w organizmie czegokolwiek. Niezapominajki.
Smacznego!
sobota, 26 marca 2005
Rozmowy niekontrolowane
Fragment rozmowy. Rozmawiają kobieta i mężczyzna, raczej bliscy sobie. Personalia i bliższe dane bohaterów scenki pozwólmy zasnuć mgle zapomnienia...

Ona, odziana w li i jedynie stanik i majtki, kręci się przed lustrem. On stoi w drzwiach przedpokoju i obserwuje.Ona:
- Tak myślałam, lewa noga dłuższa od prawej...
- No coś Ty!-wpada jej w słowo luby.-To nie powód do rozpaczy. Pomyśl sobie, co by było, gdybyś miała lewy żołądek większy od prawego!
- "Na szczęście wiedza nasza zna przyszczepy"-zacytowała "Młodą lekarkę" Ona i ciągnęła:-Większy oddałabym właśnie do przeszczepu-rzeczowo i uprzejmie wyjaśniła.
Chwila ciszy. Nagle Ona łapie się za głowę, wydaje z siebie cichy, przeciągły jęk, On natomiast mówi z ożywieniem:
- Dla uniewidocznienia brzucha, zamiast chodzić na wdechu płucnym, co Ci podciąga i napina brzuch, mogłabyś cały czas mieć ręce na głowie! Efekt ten sam, a może nawet lepszy!
- Wystarczy, że mam na głowie cały dom i do tego jeszcze Ciebie. Dokładek nie potrzebuję.-odrzekła niezrażona.
Nagle, całkiem niespodziewanie, bez zapowiedzi, zwiastunu, wysoce zniesmaczona, niezadowolona i wielce nieszczęśliwa wydusiła z siebie:
 - A ten tyłek cały czas mi rośnie i rośnie...
Na co On rezolutnie i z błyskiem w oku odpowiedział:
- Jak tak na Ciebie patrzę, to mi też rośnie. Tyle że z przeciwnej strony.
czwartek, 24 marca 2005
Ala Makota
Ala Makota. A Mademoiselle ma psa. Serio!
Rano jakieś bezduszne bydlę, śmiące zwać się człowiekiem, zostawiło w naszej klatce karton z sześcioma psami rasy nieznanej. To znaczy oczywiście, było widać, że to nie jamniki, nie yorkshire teriery, nie pudle, nie żadne shar-pei ani inne takie łatwe do zidentyfikowania (o rety, co ja wygaduję, cóż za idiota wyrzuciłby z domu psa marki shar-pei!?). Słowem jakieś kundlowate nam podrzucono. Mać wychodząc z bloku siłą rzeczy pudło zauwazyła, płaczące psy usłyszała i do mieszkania wróciła wzbogacona i jednego takiego kudłatego, zastraszonego, głodnego, biednego i bez granic słodkiego zwierza.
Sąsiadka z drugiej klatki przygarnęła suczkę. Ostały się w pudle jeno samce. Ich, sztuk cztery, zabrano na Ściegiennego 208. Nie, 203. Dwieście czy trzy osiem? Tfu, trzy czy osiem?! A niech to, znowu zapomniałam numeru posesji. [Po skonsultowaniu się z książką telefoniczną ustaliłam, że jednak 203.] Mniejsza o numer, przetransportowali te psiaki do miejskiego schroniska. Ich zdjęcia przy odrobinie dobrej woli może zamieszczą na stronie internetowej (oj, panie dzieju, poszła ci ta teknika do przodu!).
Co do już naszego stworzenia: najpierw Mać poszła na poszukiwania kartonu dla niego. Jak to cholerstwo przywlokła, to pomyślałam, że ciężki sadyzm się w niej odezwał. Pies zresztą sam żywo zaprotestował i po umieszczeniu w pudle uciekał z niego wszystkimi łapami i ogonem. Podczas polowania Matki na makulaturę wymyślaliśmy z Bratem imię dla nowego domownika. Kompromis, porozumienie, zgoda okazały się niemożliwe do zaistnienia. Propozycje moje i Brata były co najmniej odmienne. Exemplum mój szlachetny i dumny Rafael kontra jego ciapowaty, przesadnie słodki i przereklamowany Leo. Zbyt jednoznacznie mi się ten Leo skojarzył i na inne tory myśli skierować nie mogłam.
Ale stanęło na moim! Centymetr. Centymetr! I ile zdrobnień, które funkcjonują także jako samodzielne imiona: Centymetr, zdrabniany na przyjętego przez Mać Centusia, z tego wychodzi Cętuś - od cętek i innych plamek, które niewątpliwie posiada... Kombinacji multum. Ale Brat jak na razie i tak zamierza wołać na niego Leo. Muszę wybić mu ten absurdalny pomysł z głowy, bo inaczej pies zwariuje permanentnie.
Centymetr. Chciałam być oryginalna. Nie wiem dlaczego, ale ten Centymetr kojarzy mi się ze Śrubokrętem Hanki, tej od makijażu z "Ali". Oba takie nietypowe. Wczoraj (to jest dzisiaj nad ranem) intensywnie myślałam o Śrubokręcie. Mocno, nieprzerwanie. A dzisiaj (to jest dzisiaj około południa) łaskawy Los zesłał mi psa. Psa! Jaka jestem szczęśliwa, tak bardzo chciałam mieć psa i tak wyraźnie sobie tego życzyłam w rozmowach z Mateczką, a tu wystarczył zbieg okoliczności, szczęśliwy traf, miękkie serce Mateczki i mam. Mam psa.
Mademoiselle Mapsa.
Potem był weterynarz. Znaczy poszli z psem do rzeczonego. I zaczęło się na dobre i na złe. Sranie i sikanie po całym mieszkaniu. Latanie ze szmatą w poszukiwaniu urobku Centymetra. A urobek pojawia się wszędzie, z perfekcyjnym ominięciem wyznaczonego miejsca. Niedługo braknie ścier.
Mademoiselle Mapsa!

A niedawno bez opamiętania i samokontroli rzuciłam się na mieszankę wedlowską jak sęp wygłodniały na padlinę. Pochłonęłam w tempie ekspresowym szesnaście "Pierrotów" i dwa "Bajeczne". Z całej zakupionej porcji ostały się bezpiecznie cztery smakołyki. Jeden kawowy i trzy inne dla mnie niezjadalne. Teraz muszę wyrzucić gdzieś sreberka co do jednego, walające mi się w pełnej samowoli po biurku i przyległościach, bo niebawem wróci Brat i mnie złaje, że nie zostawiłam mu ani jednego.

Brat, właśnie. Już... Już prawie cztery godziny przebywa u Starej Gropy Ślichowickiej i jej córeczki żmijowatej, Gejszy! Tak długi tam pobyt niewątpliwie mu zaszkodzi.
W odpowiedzi na zaproszenie Gejszy udał się Brat do tego Gniazda Żmij. Naturalnie chodzi tylko o pieniądze, które pod koniec wizyty zaaplikuje mu pod nazwą kieszonkowego Gejsza lub ta druga małpa jedwabna. Brat wybrał się do nich beze mnie, gdyż ja wolałam utknąć przed komputerem i robić nic. To znaczy miałam oczywiście czytać, ale pochłonęło mnie pisanie notki i parę innych spraw. Jakby mnie kto zapytał, co robiłam, to nie wiem, bo... naprawdę nie wiem! To się chyba nazywa tracenie czasu.

Na drzwiach mieszkania, natchniona lekturą "Ali Makoty", powiesiłam uprzejmą karteczkę: "Pukanie zepsute. Proszę dzwonić!". To się z kolei mieni czerpaniem wzorów z literatury. Ja nie wiem, co jeszcze zaadaptuję i przekopiuję z książkowego pierwowzoru na potrzeby mieszkania. Czas pokaże.

Pisałam tę notkę pół dnia (więc może być cokolwiek nieskładnie, hihi!). Dosłownie pół dnia, jak zaczynałam, to słońce stało jeszcze wysoko nad horyzontem. Przyczyną takiej rozwlekłości czasowej jest... wiszący za mną plakat. Tak. Powiesiłam Patricka Nuo. A właściwie przyczyną jest nie plakat, ale moja nieodparta chęć patrzenia na niego. Nie potrafię się powstrzymać. Cały czas obracam swoją osobę tyłem do komputera i całego osprzętu multimedialnego, a przodem do Patricka...
Patrick... Patryk... O Boże. W co ja wchodzę?
O Patryku i kilku drobnostkach, dla mnie osobiście niezwykle ważnych, związanych z piękną, mistyczną, zieloną, niebieskooką i złotowłosą Skandynawią, w następnym wpisie.

Mademoiselle musi zmienić muzykę i za jej pomocą przestroić się, pociąg myśli przesunąć na inny tor.
poniedziałek, 21 marca 2005
Powrót Papy i wydarzenia zebrane (część II)
Przypomniałam sobie o... Aha, teraz będzie trochę chaotycznie i nie chronologicznie, tylko co mi ślina na język przyniesie, bo pamięć mnie zawodzi ostatnio. Nie ma to jak wrodzona, nieusuwalna, zadomowiona i kochająca Cię skleroza. Więc będzie rzutami. A w ogóle coś się wylewna zrobiłam, wydarzenia i wspomnienia same ze mnie wychodzą. Wylewna? Eee tam, rozgadana. Pytluję i pytluję, ciekawi mnie bardzo, kto doczyta mój tekst do końca.
Przypomniałam sobie o plakacie. Miałam wypytać Brata, gdzie posiał plakat jakiegoś zespołu. Nazwa nieważna. Rodzaj muzyki wykonywanej też nie gra roli. Liczył się wygląd jednego czy nawet dwóch jego członków. Członków płci męskiej, rzecz jasna. Postanowiłam podarować sobie odrobinę przyjemności, przyjemności wzrokowej, i urozmaicić jakoś smutne, puste, blade ściany pokoju przystojnym plakatem.
Jeden plakat mam. Patricka Nuo, zabójczo przystojnego, z rozbrajającym spojrzeniem, prowokująco zmoczonego w wodzie i z rozchełstaną koszulą. Wyląduje na zaszczytnym miejscu, drzwiczkach mojej szafki. Siedząc przy komputerze będę miała go za plecami. Coś mi się wydaje, że nie będę już tak uważnie śledzić tekstu na monitorze...

Dzisiaj rano (powinnam napisać "we wczesnych godzinach popołudniowych", bo zwlokłam się z posłania między trzynastą a następną) wciskałam na siebie spodnie. Wyciągnęłam je z półki i próbowałam się w nie zmieścić w łazience. Nogawki wydały mi się ciut za krótkie, niż być powinny. Na biodrach opięły się, grożąc pęknięciem. Pomyślałam, że to większa para ciemnoniebieskich dżinsów tak bardzo skurczyła się w praniu, bo nie mogły to być te mniejsze. Mniejsze byłyby jeszcze ciaśniejsze. Wykłócałam się z Mateczką, przekonana, że mam rację, Mać natomiast próbowała mi udowodnić, że to mniejsze spodnie mam na sobie, a większe leżą w półce. Wyszłam zniecierpliwiona z kuchni, nie widząc rezultatów udowadniania swoich racji. Z ciekawości zajrzałam do szafki, wyciągnęłam stamtąd dżinsy, rozłożyłam je i przyłożyłam do nogi. I nagle wszystko się rozjaśniło. W rękach miałam większą parę, na sobie mniejszą... Odwrotnie niż sądziłam. Pokręciłam bezradnie głową, wywracając oczami, w zdenerwowaniu na samą siebie.
Kiedy powinnam być pewna siebie, pewność tę tracę. A kiedy nie mam racji, jak osioł uparcie upieram się przy swoim. Coś nie tak.

Ach, nawiązując do pierwszych rozważań tego wpisu, powinnam podać jeszcze jedną uroczystość ściśle, nierozerwalnie i nieprzesuwalnie związaną z dniem dwudziestym pierwszym marca. Chodzi mianowicie o urodziny. Dziś urodziny Gejszy, niefortunnie siostry Papcia i jednocześnie Niusi. O rzeczonych urodzinach przypomniał nam właśnie Papa. Brat natychmiast wysłał oportunistycznie esemes z zakłamanymi i na pewno nieszczerymi życzeniami dla Gejszy, wyłącznie, żeby dochować pustej tradycji i nie wywoływać niepotrzebnych konfliktów. Odpisała mu ta małpa jedwabna. Zaprasza nas, bo mnie też wzięła łaskawie pod uwagę, do kina i do tego Gniazda Żmij (opcjonalnie w odwrotnej kolejności), do domu jej właśnie i Starej Gropy Ślichowickiej ("ukochanej" babci), z którą mieszka. (Na marginesie: mogłyby się wreszcie te żmije zygzakowate własnym jadem potruć!) Później, kiedy już wstałam, wysłałam Gejszy życzenia i ja, słodkie, malinowe z cukrem, nie przeterminowane, ale prawdopodobnie z gronkowcem lub inną salmonellą (ewentualnie z wirusem brudnych rąk). Słów mi brak. Mogłam jej jadowicie życzyć szybkiego wyjścia za mąż, wielu adoratorów albo czegoś podobnego. Pewnie by się poczuła urażona i obrażona, stara panna! A od tego tylko krok do awantury rodzinnej. Dlatego się powstrzymałam.
A za dwa dni urodziny Niusi.

Gdzieś po prawej wrzuciłam do zakładek dwa testy. Przygotowałam je w pocie czoła i znacznym wysileniu mózgownicy. Testy na znajomość mojej osoby. Drugi jest chyba nieco trudniejszy. W pierwszym jest kilka pytań, w których trzy z czterech odpowiedzi są punktowane; w drugim teście jest tylko jedna możliwość wyboru. Po trzy punkty za każdą odpowiedź. Pierwsze maksimum - trzydzieści dziewięć, drugie - czterdzieści pięć. Zapraszam znajomych do zabawy. Mam nadzieję, że nie dadzą plamy. A jeśli chce się sprawdzić ktoś z czytających mnie, nie odradzam - ale ostrzegam, na podstawie samych li tylko wpisów z blogu niewiele można wydedukować i zgadnąć. Pytania chyba specjalnie, z przekory, ułożyłam tak, żeby trudno było wybrać dobrą odpowiedź. Przetestowałam Brata. Z pierwszego dostał dwadzieścia cztery (tak, powyżej połowy, ale błędy w takich pytaniach, na które - wydawało mi się - odpowiedzi są oczywiste); z drugiego dwadzieścia siedem. Drugi wypadł gorzej, drogi Bracie, ale na pocieszenie mam zapewnienie, że poziom trudności drugiego był nieco wyśrubowany, a pytania są podchwytliwe i nietypowe. Tylko ktoś, kto zna mnie naprawdę bardzo dobrze i potrafi przewidzieć moje zachowania (jeśli to w ogóle jest możliwe) poradzi sobie bez przeszkód z obydwoma sprawdzianami. Ojej! Jest taki ktoś?! A, racja. Ja jestem.
Zostaje mi jeszcze przetestować Alejandrę. Jak jej wypadnie poniżej pięćdziesięciu procent, to ja się załamię.
Odnośnie mózgownicy z pierwszego zdania powyższego ustępu: znalazłam całkiem przypadkiem, przeglądając z nudów domowy księgozbiór, "Balladynę" z ciekawymi notatkami i bardzo trafionymi propozycjami scenografii i strojów. Zaczęłam czytać wstęp, gdzie umieszczono Słowackiego list do matki z osiemnastego grudnia 1834 roku. Mimo całego mojego szacunku dla Słowackiego i starej polszczyzny, spazmy niekontrolowanego i nieopanowanego śmiechu targały mną nieustannie. Z listu: "Od ostatniego mego listu, w przeciągu miesiąca upłynionego [tu zaduma moja i zaciekawienie słowem "upłyniony"], napisałem sztukę teatralną - niby tragedyą [ach, ten igrek!], pod tytułem: Balladina [chichot]. Z wszystkich rzeczy, które dotychczas moja mózgownica [nieopanowany śmiech w głos, dławienie się i tarzanie po podłodze oraz inne sztuki zaiste cyrkowe] urodziła, ta tragedya jest najlepsza [...]". Mózgownica. Ilokroć słyszę to słowo, bez kontroli, mimowolnie się uśmiecham. I pomyśleć, że kiedyś śmieszył mnie zwyczajny "rower".

Jutro Wu-Zetki*. Aż mi ślinka leci na te wszystkie apetyczne towary, które zobaczę przed sobą. Oczy mi zapewne z orbit wyjdą. Ręce same rwać się będą, boleśnie nadwerężając stawy podczas obracania się po wspomniane towary oraz mięśnie podczas dźwigania. Tak, nie ma to jak Wu-Zetki po przyjeździe Papy!
O Wu-Zetkach, których już nie mogę się doczekać, skrobnę po. Bo teraz zajęłoby za dużo miejsca. Poza tym na razie są one tylko w planach. Nie będę pisać o ambicjach i planach, bo planowanie w moim przypadku się nigdy nie sprawdza i zawsze jest inaczej. Co będzie, to opiszę, kropka w temacie na dziś.

Wczorajszy wieczór szalenie urozmaiciły nam znajome Mateczki. Ubaw po pachy. Śmiechu co nie miara. Ból brzucha i szczęk. Kolejne zmarszczki wokół ust. Kilka minut życia więcej.
A przyszły dwie i szczebiotać poczęły radośnie jak te ptaszęta; przekleństwami okrasiły swoją wypowiedź jak dobrą kaszę skwarkami się nadziewa, uszy puchły, a michy w głupocie swych właścicieli (mowa o mnie i Bracie) się cieszyły; przy okazji dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy o znajomych, sąsiadach, sąsiadkach, sklepikarkach i kilku innych.
Jedna z goszczonych przez Mateczkę znajomych została oszukana przez ekspedientkę (i jednocześnie właścicielkę) z warzywniaka w materii ziemniaków, które polecone zostały jako przepyszne, zakupione przez Znajomą w przytłaczającej ilości pięciu kilogramów, a okazały się niestrawne. Wedle relacji Znajomej po ugotowaniu wyszło purée. Znajoma przyszła po kilku dniach do warzywniaka i nazwała właścicielkę "Żydówą", wygarnęła jej, co myśli o polecanych ziemniaczkach oraz - dla urozmaicenia - uczepiła się jej włości w postaci wielkiego domu na Dąbrowie, wynajmowanego mieszkania na którymś z północnych osiedli oraz drugiego warzywniaka na Solbakken. Naszym osiedlu znaczy. Znajoma po awanturze zapowiedziała, że oba warzywniaki omijać będzie szerokim łukiem.
Druga Znajoma podczas snucia opowieści pierwszej zaśmiewała się. Ale śmiech ten był bardzo specyficzny. Samo jego słuchanie wywoływało uśmiech na ustach w łagodnej rekacji. Ja miałam reakcję ostrą. Gdy tylko usłyszałam chichot drugiej znajomej, zanosiłam się śmiechem. Bez jakiejkolwiek kontroli. To było silniejsze ode mnie.
Opowiadać wszystkiego nie będę. Na pewno nie teraz. Może kiedyś w przyszłości, jeśli jeszcze pamiętać będę. Przytoczę jeszcze jedną opowieść, o ile się nie rozpiszę na więcej.
Pierwsza Znajoma załatwiła pracę (o przepraszam, to chyba niepoprawne politycznie, hihihi, niech więc będzie: pomogła w zdobyciu pracy) w swej uprzejmości i z dobrej woli mężowi Pewnej Pani. Pewna Pani jednak w swej wredności i złośliwości zaczęła (dlaczego - nie wiem, nie dosłyszałam) gnębić Pierwszą Znajomą. Coś się widać między nimi popsuło, a Pewna Pani była delikatnie mówiąc niemiła, nie bacząc na pomoc Pierwszej Znajomej dla jej męża. Pewna Pani zadzwoniła któregoś razu do Pierwszej Znajomej do domu i powitała rozmówczynię tymi słowami:
- Do prostytutki dzwonię!
Jak to usłyszałam, to życie we mnie ustało. Ja myślałam, że ludzie się wyzywają od takich tylko w tefałenie w "Rozmowach w toku" (był kiedyś taki odcinek o konfliktach między starymi babami, których jedynym zajęciem jest szpiegowanie sąsiadek, lanie im wrzątku po twarzach, wyklinanie i plucie). Nie pamiętam, co odrzekła Pierwsza Znajoma, ale przemówiła jej do słuchu, po czym, słusznie nie czekając na odpowiedź, rzuciła słuchawkę.
Wcześniej w swojej opowieści Pierwsza Znajoma powiedziała: "jak idzie to to babsko z kościoła, to mam ochotę jej ten łeb w zaspę wepchnąć!". Na usta ciśnie mi się tylko jedno, mianowicie wypowiedź bohatera pewnego komiksu z Internetu (którego adres oczywiście zgubiłam i nie zapamiętałam): "Niezły hardkor"!
Z tego samego wieczoru: Pierwsza Znajoma ma Męża. Pierwsza Znajoma pewnego wieczoru wykąpała się i - dla oszczędności - zostawiła wodę do kąpieli Mężowi; woda nie była bardzo brudna, bo Pierwsza Znajoma kąpie się co drugi dzień. Mąż wykąpał się po niej. Ona wchodzi na drugi dzień rano do łazienki, a tam woda z wczorajszej kąpieli stoi w wannie! Złapała się za głowę, po czym ręce jej opadły, poszła do Męża i rzuciła do niego, szarpnięta po nerwach:
- Ty, w tej wodzie, co zostawiłeś, to my może garnki mamy jeszcze myć?!
Umarłam, jak to usłyszałam.
Jak tylko sobie pomyślę o Mężu Pierwszej Znajomej, który - wedle jej relacji - "syfu uczył się od małego", to mam ochotę, zaśmiewając się w głos, skakać, bo tarzanie się po podłodze to już za mało.
Ta rodzina to doskonały, wymarzony temat na osobny blog. Coś w rodzaju "ona bloxuje..." (przeczytałam od deski do deski i niecierpliwie wyczekuję kolejnych wpisów). A mieć taką Pierwszą Znajomą to zaprawdę skarb posiadać. Pękata beczka śmiechu. I dłuższe życie. Kolejne relacje związane z Pierwszą Znajomą od razu po jej następnej wizycie.

Aha, kiedy wstałam, łeb mnie bolał niemiłosiernie. Nie obyło się bez procha. Zastanawiam się, czy to ze śmiechu, czy przez nocne siedzenie nad wiosennymi porządkami.

Z rzeczy mniej ważnych: odzyskałam pięć złotych, pożyczonych chyba jeszcze w tym roku przez Mamuśkę. I w swojej przyrodzonej rozrzutności już zaczęłam planować, jak tego piątaka wykorzystać, na co wydać, na co przepuścić, w co zainwestować... Pomysłów na wydanie tysiąc dwadzieścia dwa. I niestety każdy z nich przekracza te skromne możliwości finansowe...
Ale w połączeniu z uzyskanymi od Papcia pieniędzmi to już inna sprawa. Tyle że im większe możliwości, tym więcej pomysłów na przepuszczenie środków, niestety...

Kiedy jeszcze leżałam dziś na posłaniu, dosłyszałam z kuchni znajome dźwięki. Radio. I nawet rozpoznałam w nim rodzime Radio Kielce. Piosenka. Stachursky! Rany koguta przejechanego, ja myślałam, że jego już nigdy w tym milenium nie puszczą w radiu! Przesłuchałam dość obojętnie. A kilka chwil temu skończyła się moja skromna lista odtwarzania największych przebojów Stachursky'ego. Koszmar.
Coś jednak było w tej jego muzyce. Głos? Melodia? Rytm? Bo słowa na pewno nie...

Ostatnio mam coraz dziwniejsze sny. Zaskakują mnie bardzo. Wyśniłam dzisiaj Sienkiewicza na estakadzie, podwyższeniu jakimś; ulicę kielecką znaczy, nie pisarza. I znów ten strach. Lęk wysokości panoszy się po moich snach. Ostatnio we wszystkich, to przerażające. A, tak, zapomniałam, że ja lubię się bać i lubię koszmary.
Stałam tak na tej podwyższonej Sienkiewicza, na skraju, i najgorsze było to, że nie wiedziałam, czy spadnę, czy nie; widok z dołu, wyglądało już na to, że mnie pociągnie w dół, że polecę i sobie bez wątpienia krzywdę zrobię, a tu nagle zmiana kamery, widok z góry, cofnęłam się i poszłam w innym kierunku... Do innego krańca... I tak w kółko.
A przed Sienkiewicza była Dobra Wróżka, siedząca w naszej kuchni na pufie, oczywiście z papierosem, a ja stałam nad nią, patrzyłam na usta bezgłośnie poruszające się w żywej,konwersacji z Mateczką i na dym, unoszący się od papierosa i rozsnuwający po pomieszczeniu, w końcu przemówiłam, ni z gruszki, ni z pietruszki, a z moich ust wyszło:
- A ja to chyba joba dostanę!
Nagły koniec akcji. I potem była Sienkiewicza.

Na zakończenie przykład na to, jak ważną rolę odgrywa staranne posługiwanie się językiem  w domu. To posługiwanie się wywiera bowiem ogromny wpływ na dzieci. Dzieci, jak wiadomo, biorą przykład z dorosłych, zwłaszcza zaś rodziców, i mówią tak jak oni.
Zdarzyło się to w pierwszej klasie podstawówki Brata (lub drugiej, lukę w pamięci mam - znów!). Wychowawczyni (którą pragnęłabym gorąco pozdrowić, ale kontaktu z nią - bezpośredniego czy pośredniego choćby - nie mam, nad czym ubolewam) pytała dzieci, jak inaczej mówi się na bałagan. Padały odpowiedzi:
- Bajzel!
- Nieporządek.
- Rupieciarnia!
- Śmietnik.
A jedna dziewczynka, gdy wychowawczyni poprosiła ją o odpowiedź, rzuciła rezolutnie i wesoło:
- Burdel!
Bez komentarza.

Raport o wydarzeniach zebranych wczorajszych, dzisiejszych, jutrzejszych i z dalszej przeszłości kończę. Jeśli ktoś przeczytał wszystko za jednym podejściem, jestem pełna podziwu dlatego, że niestety nie spotkałam jeszcze kogoś, kto czytałby blogi i jednocześnie lubował się w takich długich notkach. Notach. Zatem jeśli znajdzie się taki ktoś, proszę uprzejmie o zgłoszenie się, pozostawienie śladu swojej działalności czytelniczej w komentarzu. Będę wdzięczna i usatysfakcjonowana.
O benedyktyni, skopiowałam wszystko do "Worda" i zajęło prawie siedem stron! Do książki niedaleko.
Ale - jak mówi Alejandra - "ja już tak mam". Długie notki to moja specjalność. Ta rozwlekłość jest już bez żadnej kontroli, kiedy piszę na komputerze. Palce same skaczą mi po klawiszach w tempie ekspresowym, wystukując moje myśli błyskawicznie, poza tym uwielbiam patrzeć na pojawiające się na ekranie literki, to takie... [Zboczona jestem na tym punkcie; wszak każdy ma swoje zboczenia.]
Ech, miało być dobranoc. A rozwleka się. Koniec. Idę oderwać swoją zboczoną osobę od monitora, umyć gary, podjeść sobie, przesłuchać płyt, dokończyć sprzątanie... Tylko uważać muszę, żeby odkurzacza nie porwać w ręce. Bo wtedy dostanę po głowie od brutalnie wyrwanych ze snu rodziców, Brata i pewnie jeszcze sąsiadów.
Dobranoc więc, kolorowych snów, mniej niepokojących niż moje.


*Wielkie Zakupy. Niewątpliwie smaczny i jednocześnie dość mylący skrótowiec, na który wpadłam wczoraj w wieczornym rozjaśnieniu umysłowym.
Powrót Papy i wydarzenia zebrane (część I)
[To będzie mój najdłuższy do tej pory wpis. Niestety z powodu głupiego komunikatu "Treść wpisu jest zbyt długa" muszę go wyemitować w częściach. Szlag trafił całą przyjemność!
Przypuszczam dość słusznie zapewne, że długo nie pobiję tego rekordu!]

Spojrzałam z uśmiechem na kalendarz. Dwudziesty pierwszy marca. Pierwszy dzień wiosny. Dzień wagarowicza. I oczywiście dzień powrotu Papy do domu po tułaczce na obczyźnie.
Łańcuchem idąc od pierwszego dnia wiosny mamy następstwa w postaci lepszego samopoczucia, wyższego nastroju, ładniejszej pogody, możliwości nieograniczonych na rozbieranie się na dworze i odziewanie cienkimi materiałami, jeśli nie teraz, to w najbliższym czasie, mamy także możliwości jeszcze bardziej nieograniczone na spacery.
Od dnia wagarowicza następstwa nie odchodzą.
Powrót Papy (dokonany przed południem) poskutkował natychmiastowo hałasem w mieszkaniu, który nie pozwolił mi kontynuować snu, wysypem gotówki, w związku z którym szykują się kolejne zakupy, wysypem prezentów, których pierwsza część znalazła się w odrzutach, część wtóra do przekazania znajomym, część trzecia została spożytkowana natychmiast bez zbędnego oczekiwania, część czwarta zaś będzie używana stopniowo.

Tu nastąpi spis inwentarza.
Część pierwsza to cztery ołówki i figurka Atomówki (Bajka się wabi owo byle co) od Vanessy. Ołówki nie zaspokajają naszych, moich i Brata znaczy, potrzeb w tej materii, i dlatego jutro wybywamy na zakupy doopatrzyć się. Ubrana w błękitną sukienkę jak dla córy Koryntu figurka dziewczynki z wyraźnym wodogłowiem i zanikiem mięśni, rzeczona Atomówka, stoi obok monitora na biurku, ale chyba długo tu nie zagrzeje miejsca. Odkryłam, że przerośniętą głowę da jej się zdjąć, a z moimi zdolnościami będzie się dało rozmontować ją permanentnie.

Część wtóra do podziału i uszczęśliwiania mało wybrednych znajomych to cudeńka techniczne, małe, zgrabne, zamknięte w plastikowej kuleczce diody żółto-czerwone; kulki wzbogacone są na wierzchu o metalowy bądź z tworzywa sztucznego ozdobnik w postaci gwiazdki w przeważającej części obiektów; na dole z kulki wyrasta uchwyt, na którym podczepiono kiczowate zawieszki, plastikowe gwiazdki, piłki, kółeczka. Wszystko do przyczepienia do komórki, cudo uruchamia się i powstaje mała dyskoteka, gdy tylko telefon jest w użytku, to jest łączy się ze światem. W obie strony, nieważne, czy posiadacz dyskoteki dzwoni, czy to do posiadacza dzwonią. Jedno takie dostało się mnie. I moją początkową radość przysłonił smutny fakt, że wisiorka nie da się do komórki przyczepić. Brak uchwytu. Z tego prozaicznego powodu wisi na podstawce telefonu. Lepsze to niż nic.
Na eksport ma iść to cudeńko ozdobione motylkami. Dla Panny Moniki naturalnie. Kicz. Zastanawiam się, czy tę figurkę z wodogłowiem też jej dać, czy bezlitośnie zniszczyć.

Część trzecia, ta bez oczekiwania skonsumowana, to słodycze. Jak dzieci małe jakieś dorwaliśmy się wszyscy, znaczy ja i Brat, do czekolad i innych zagranicznych smakołyków. Ja się jeszcze nie przejadłam, właśnie pasę się czekoladami. Wymieszałam wedlowską truskawkową z alpengoldowską mleczną. Zastanawiam się tylko, czy popić kolą czy herbatą.
No, nie myślcie sobie, że zeżarłam wszystko, co Papcio przywiózł, albo że przywiózł ze sobą cały magazyn. Ja po prostu musiałam wszystkiego spróbować. Zaraz mnie zamuli. Ach, a te centymetry przybywające radośnie...

Część czwarta, ostatnia, zawiera w sobie lornetkę, sensację absolutną. Konkretniej jest to pół lornetki, co jednak sensacji nie pomniejsza, bowiem liczy się sam fakt zaistnienia owej lornetki w naszym domu. Wreszcie możemy odpłacić się sąsiadom z bloku naprzeciwko pięknym za nadobne. Tym samym, co oni robią nam. Nareszcie możemy podglądać, co robią w swoich bezpiecznych, przytulnych i - nie do końca, jak się okazuje - prywatnych mieszkankach. Perfidnie podglądają nas przez lornetki, wszystkich z mojego bloku, bez wyjątku. Mać przyłapała już kilku takich starych zboczeńców na gorącym uczynku. Teraz czas na rewanż!
Muszę obadać, jaka pora jest lepsza do obserwacji, jasna czy ciemna, i wyszukać takie okna, gdzie firanki nie uniemożliwiają podpatrywania.
Proszę się nie martwić, to zboczenie przejdzie mi za jakiś czas, kiedy emocje opadną, a lornetka najzwyczajniej w świecie mi się znudzi.
W części czwartej są także moje prywatne prezenty. Od Papy i Niusi. Teraz słów kilka o nich. Dostałam wyczekiwane i upragnione gorąco płyty. Laura Pausini na dwóch krążkach, na jednym włoska wersja "Samotności". Stwierdziłam jednak, że hiszpańska bardziej mi się podoba, lepiej ją rozumiem (temu akurat nie należy się dziwić), lepiej do mnie trafia, lepiej mi jej się słucha. Innych utworów nie słuchałam, bo aktualnie karmię się Zdzisławą Sośnicką (przeszła mi trochę szajba na punkcie jej imienia) i Anną Jantar (szajba ze Zdzisławy przechodzi... niestety na Annę). Co do płyt - zaskoczona byłam niemożebnie, gdy zamiast dwóch oczekiwanych płyt oczom moim ukazały się trzy.
Ostatnia to niespodzianka od Niusi. Ricky'ego Martina "La historia", gdzie wypatrzyłam ostatnio upolowaną dzięki eMule'owi piosenkę "Te extrańo, te olvido, te amo". Oprócz tego na tęczowym krążku największe przeboje w języku hiszpańskim, a jakże, "María", "Livin' la vida loca", "She bangs"... Tak strzelam tytułami, ale jeszcze żadnego nie przesłuchałam całkowicie. Leciałam początkami, pięć sekund i następna. Właśnie zabieram się do odsłuchania... Chyba trochę mi to zajmie. Cała noc przede mną.
No i Gigi. Papa przywlókł do domu następną, trzecią już, płytę Gigi'ego d'Alessio. Znaczy pudełko trzecie, płyta czwarta, bo w drugim były dwie. A ja zapoznałam się z zawartością li i jedynie pierwszej. Mam spore zaległości w poznawaniu twórczości włoskich piosenkarzy. Zobowiązuję się to nadrobić.
Na razie uśmiecha się do mnie Laura w czarno-bieli. Coś jest w tym uśmiechu, podoba mi się. Stanowczy, zdecydowany, może nawet prowokujący. Zdecydowanie lubię takie uśmiechy. Zwłaszcza jeśli zostały wyprodukowane i wysłane w przestrzeń przeze mnie.
I od Niusi także dostałam bluzę. Zieloną. Barwa moja nieulubiona. I jak tylko ją zobaczyłam, pomyślałam, że nigdy tego nie włożę, że prezent będzie się marnował. Patrzyłam na nią zaspanym okiem. Dopiero kiedy wstałam, przyjrzałam się bluzie dokładniej, przyłożyłam ją do ciała, mierząc w powietrzu, aż w końcu coś mnie tknęło i kazało założyć. Założyłam. I natychmiastowo się sobie spodobałam. Właśnie sobie przypomniałam, że pod bluzą nie mam nic. Żartowałam z bratem, że się ubrałam jak uliczna dziewka do pracy.

Przyjazd Papy. Prezenty. Się pochwaliłam! Chachacha!

Osobiście połączenia niebieskiego - mojego ulubionego - z zielonym - wręcz przeciwnie - uważam za nieładne. Źle dopasowane. Brzydkie po prostu. Ale na złej baletnicy to i suknia źle leży. Może się napatrzyłam na kaszaloty w takich kolorach i mi zbrzydło. Na mnie wygląda co najmniej nieźle. Zresztą, kolory nie tak ważne, jak krój! A sama bluza też jest łączona. Do zieleni dochodzi ciemny granat pasami.
Poza tym znalazłam, kiczowaty dość i niezbyt elegancki, ale za to jaki modny, dodatek do bluzy. Bardzo subiektywnie - ładne. Pod kolor. Błyszczące, terkoczące (i co tam jeszcze) koraliki perłowo-seledynowe. Wygrzebałam wczoraj przy okazji generalnych porządków z jakiegoś ciemnego, zapomnianego i opuszczonego kąta i zastanawiałam się, do czego by je dopasować. A dzisiaj proszę, znalazła się bluza do zestawu.
Ale moje złodziejstwo nie ma końca. Kiczowate koraliki nie są moje, jak wczoraj szybko ustaliliśmy z Bratem. Należą do... Brata! Tak, należą. Nie, nie nosi ich! Były dołączone do jakiegoś pisma dla dziewczyn, które ukochana Niusia kupiła mu, gdy przebywał u niej we Włoszech. On przywlókł ten szajs do Polski, a teraz ja go sobie przywłaszczyłam. Kolejna rzecz, której go pozbawiam. Swoją drogą gdybym miała zrobić listę takich rzeczy, siedziałabym nad papierem dwie noce bez odchodzenia od biurka, nie przerywając pisania. Coś ze złodziejki jednak we mnie siedzi. Wykrakałam w tej masarni.
Odchodząc od wątku głównego i zagłębiając się w rozpoczęty wątek poboczny: za pierwszej młodości, to znaczy jak byłam jeszcze bardzo małym brzdącem, ale władającym już jako tako językiem polskim i dla wszystkich zrozumiałym, Mateczka zabrała mnie do osiedlowej masarni. Pracująca tam jej koleżanka (a może kolega? Nie pamiętam już niestety) zapytała mnie, kim chciałabym zostać w przyszłości, na co ja rezolutnie, bez zastanowienia, z pewnością i dumą odparłam:
- Złodziejem!
No i zapeszyłam. Na razie moja działalność jest względnie nieszkodliwa lub o niewielkim stopniu szkodliwości. Ale jeśli w przyszłości w związku z tym oświadczeniem z masarni zaplątam się w jakieś machlojki, przekręty finansowe, wyłudzenia i szantaże, malwersacje oraz inne pokrewne, to przynajmniej będę wiedzieć, dlaczego taką, a nie inną drogą podążam.

Wspomniałam gdzieś wyżej o porządkach. Bo muszę tu odnotować, że posprzątałam pokój. To znaczy jeszcze nie skończyłam, zaczęłam i tak się ciągnie za mną od soboty jak nieodrobiona pańszczyzna. W sobotę spędziłam dwanaście godzin w papierach, między półkami, na i w szafkach, pod dywanem i między żeberkami kaloryfera. Niedzielę również od przebudzenia przesiedziałam w papierach. Do tej pory jeszcze nie uskuteczniłam odkurzania, koszmarne odłamki nie wiadomo czego walają się pod stopami, aż chrzęści.
Ileż skarbów znalazłam! A ile uprzątnęłam, ile miejsca wolnego się zrobiło! Co jednak nie wystarcza i nie zaspokaja potrzeb moich i Brata. Półeczkę dorobić Papcio musi bezapelacyjnie. Bo w przeciwnym wypadku znów zaczniemy tonąć w stertach rupieci, bajzlu kosmicznym, a samo łóżko zamieni się na czas nieokreślony w lokalne wysypisko i składowisko niepotrzebnych książek, gazet, ulotek i czasopism. Wizja przerażająca.
Do tej pory zapełnił się prawie całkowicie piętnastolitrowy wór śmieci. W większości makulaturam skarby przeszłości, teraz już zupełnie bezwartościowe. Cenniejsze pamiątki pisane zachowałam. A makulaturę z błękitnego wora mogłabym zanieść do skupu, ale nie wiem, gdzie takowy jest, pomijając już fakt, że tachanie kobyły przez miasto nie wchodzi w rachubę. Do autobusu bym z tym nie wsiadła. Żeby nieść na plecach i piechotą pruć przez miasto, musiałabym najpierw upaść na głowę. Prywatnego auta nie posiadam. Na taksówkę sobie nie mogę pozwolić. Klops. Wszystko więc w najlepszym wypadku wyląduje w osobnym, niebieskim pojemniku z napisem "Makulatura"/"Papier, gazety".

cdn.
Primavera... Ach, to Ty!
Przyszła więc. Nareszcie. Tak długo i niecierpliwie wypatrywana, tak tęsknie wyczekiwana. Dość nieśmiało przekroczyła próg, oglądając się za siebie i zastanawiając, czy to odpowiedni czas na jej wejście. Spojrzała na zegarek. Jeszcze kilka minut, pomyślała, i wzrokiem ogarnęła otoczenie. Otoczenie było co nieco zaśnieżone, potargane wiatrem i sponiewierane ulewnym, zimnym deszczem. Po niebie przewalały się bezgłośnie wielkie, ciemne, ciężkie obłoki; słońce spało wysoko nad nimi. Szarość.
Spojrzała na zegarek ponownie. Patrzyła cierpliwie i spokojnie. W końcu stanęła północ. Zerwała kartkę z kalendarza i pewnym krokiem, bez wahania, śmialo i z dumnie uniesionym czołem zaczęła swój marsz. Jej zegarek zakwitł momentalnie. Gdzie tylko stąpnęła, podnosiła się ospale trawa i zieleniła się z całych sił, każdym dotykiem strącała ostatni mróz z drzew i budziła pączki, śniegi ostatecznie topiły się, gdy tylko obrzucała je swoim wzrokiem. Wkoło żywa, świeża, soczysta zieleń poczęła zastępować brudnorudy i szarobury. Słońce przyjaźnie uśmiechnęło się na niebiesiech i spuściło w swojej łaskawości piękne, złociste promienie, dodając uroku temu, co było szare i bezbarwne na ziemi. W jego blasku nawet sterczące, łyse jeszcze drzewa, wyglądały piękniej; już nie straszyły swoją czernią, ale lśniły ich pnie i gałęzie świetliście brązowo, złotorudo i miodowo.
Ocknęły się z zimowego zamroczenia ptaki, koty, psy i inne robactwo. Gdzie spojrzeć na trawniki, niebo, drzewa - wszędzie jakieś sroki, gołębie i innej maści, najczęściej szarej i czarnej, uskrzydlone stworzenia. Koty wypełzły z ciepłych piwnic i chętniej przemykały pod ścianami bloków. Psy bezpańskie urządzały gonitwy i spacery po budzącej się do życia ziemi.
I nawet ludzie powoli zrzucili jednobarwne, monotonne i bezwzględnie przygnębiające stroje, pojawiły się kolorowe apaszki, kurtki i torebki.

No i to słońce, świecące jasno, coraz dłużej i cieplej... Malujące piękne cienie na twarzach, rozświetlające je swoim blaskiem, rozjaśniające i wykrzywiające usta w uśmiechu... Aż chce się zaśpiewać "Tyle słońca w całym mieście".
Ale na lato przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Na razie radujmy się, bo wreszcie przyszła. Ona. Primavera.
piątek, 18 marca 2005
Bolesne przypadki pierwszej młodości
Mademoiselle właśnie zdała sobie sprawę z tego, jaka się z niej mimoza zrobiła. Zwłaszcza fizycznie.

Wczoraj otarłam piętę o ścianę, już nie pamiętam, jak do tego doszło; po chwili natomiast uderzyłam palcami stopy w ścianę tak, jak pechowy piłkarz zamiast w piłkę trafia w słupek bramki. A teraz chciałam się oprzeć, nie trafiłam łokciem na blat i przyrżnęłam środkową częścią kości łokciowej (tak, kością, a nie tłuszczem, bo go nie posiadam na stanie) w kant blatu. Pierwsza myśl - będę miała siniaka. Wczoraj rozpacz, że połamałam palce.
Wniosek pierwszy: niezdara ze mnie; ale to nie o tym rzecz miała być.
Wniosek drugi zatem: przewrażliwiona jestem.

Przypomniałam sobie, jak za pierwszej młodości regularnie i z namiętnością poddawałam się prawu ciążenia, bez przerwy lądując na kamieniach kolanami, na żwirze łokciami, na chodniku dłońmi, na ziemi czterema literami; odrębną dziedziną oczywiście były niezmiernie efektowne i obfitujące w bolesne skutki upadki z wysokości i inne dynamiczne, to jest między innymi z drzewa, drabinki na placu zabaw, rozbujanej huśtawki, schodów nieruchomych oraz ruchomych, rozpędzonej karuzeli... Mnogo tego było.
Pamiętam, jak w Nowinach, na wakacjach, poszłam z Dorotką, tą od Marcina na plac zabaw, i tak niefortunnie próbowałam wyhamować karuzelę, że zdarłam czubki butów, kolana do krwi i dłonie jak wyżej, a ponadto nabiłam sobie potężnego guza na czole, bo oberwałam siedzeniem karuzeli. Wracałam do mieszkania, stawiając nogi jakby były z ołowiu, rozpaczliwie łkając przy każdym kroku i (głowy za to nie dam) drąc się w niebogłosy przy opatrywaniu ran. Ale przeżyłam i później korzystałam z kolan bez przeszkód.
Łażąc po drzewach regularnie wracałam do domu odrapana, z zasychającą krwią na rękach, nogach i niejednokrotnie także na ubraniach, tylko odrobinę mniejsze były moje obrażenia podczas zabaw w chowanego w krzakach osiedlowych. Ileż to razy spadałam z jakiegoś płotu czy ogrodzenia! Sam stojący przed blokiem trzepak był świadkiem niezliczonych moich spotkań pierwszego stopnia z glebą, a po jego przesunięciu i utwardzeniu podłoża pod nim - także z betonowymi płytami chodnika. Guzy, siniaki, stłuczenia, strupy i strupki - wszystkiego zaznałam, z wyjątkiem złamania, Los mi tego nie pokazał.
Łyżworolki - w moich rękach, a właściwie dopiero na moich nogach, stawały się przyrządem do zabijania. Zabijania posiadacza tego cuda. Nauczyłam się jeździć na nich bezpiecznie, to znaczy bez potrzeby używania ochraniaczy, i postanowiłam zaszaleć. Chciałam pewnego pięknego, słonecznego dnia zjechać szerokim i gładkim chodnikiem z górki, spod samego osiedlowego supermarketu, u stóp wzniesienia minąć z zawrotną szybkością przystanek autobusowy i zatrzymać się daleko gdzieś za nim. Jedyną przeszkodą do ominięcia były dwie kamienne donice u stóp górki. Wjechałam na szczyt i ruszyłam w dół. Na złamanie karku.
Odpychając się bezustannie od podłoża rozwinęłam prędkość światła, cięłam powietrze, które tylko świszczało w uszach, kontury otoczenia zamazywały się przed oczami,a ja z taką prędkością minęłam bezpiecznie donice, śmignęłam koło kilku oczekujących na autobus i przed samą wiatą przystanku malowniczo wyrżnęłam cudownego, pięknego, robiącego wrażenie i nader bolesnego orła! Widok, że klękajcie narody! Coś głucho zadudniło, dał się słyszeć mój stłumiony jęk. Tłumnie zalegające ławki babcie na taki niecodzienny, wysoce szokujący obrazek podniosły się i dawaj! że "młodzieży się w głowie przewraca", "niepoważni jacyś tacy dzisiaj" i inne w tym stylu. Po chwili podjechał, zaśmiewając się, mój brat, i chciał mi pomóc wstać. Podnieść się dałam, prowadzić i podtrzymywać już nie. Uniosłam się dumą i dzielnie, odważnie, klnąć pod nosem na wredne babska, ze stłuczoną nogą, puchnącą ręką, bolącą głową, odartymi do krwi kolanami, łokciami i dłońmi, ale czołem wysoko uniesionym dopełzłam do domu.
Wychodząc na łyżworolki kilka dni później upadłam dziesięć metrów od klatki i, chcąc się podeprzeć w odruchu bezwarunkowym, ochronnym, wybiłam sobie palca serdecznego prawej dłoni. Jak pech to pech.
W omawianej pierwszej młodości chodziłam non-stop z jakimiś potłuczeniami. Każde opuszczenie mieszkania oznaczało, że wrócę z nowymi siniakami i zadrapaniami. Wywrotki na bieżni i kamyczki wbite w kolana. Potknięcia i niespodziewane upadki. Wpadki w jakieś doły, które oczywiście należało koniecznie z innymi bachorami z bloku spenetrować. Poparzenia pokrzywami, niekiedy przypadkowe, a niekiedy wręcz celowe - wystarczyło, że któreś dziecko usłyszało od rodziców, że to podobno zdrowe, a potem powtórzyło nowinę na podwórku. I dzieci chmarami wpadały w pokrzywy, dla zdrowotności naturalnie... Ach, a ile razy wpadłam na latarnię, której nie zauważyłam przed sobą!
A podstawianie komuś nogi? Buach, to była norma... Jak i popchnięcia na chodniku. Bo to przecież tak ciekawie i śmiesznie wygląda, jak ktoś upada.
Żeby wszystkie moje nietypowe spotkania z chodnikiem, glebą i latarniami opisać, wypadałoby założyć nowy blog. Do dwóch równoległych chyba bym nie miała cierpliwości ani samozaparcia, by je prowadzić.

Od tych wspomnień teraz chyba pęknę ze śmiechu. Wtedy gorzkie łzy bólu i rozpaczy lały się strumieniami.

Ale wracając do rozważań początkowych, tej mimozy rzeczonej. Obejrzałam się dokładnie, niemal przez lupę i nawet przed lustrem. Obiektami poszukiwanymi były siniaki, stłuczenia, strupy. Znalazłam jeden (jeden!) strupek dokonujący żywota. Wielkości mikroskopijnej, na dłoni prawej. I nawet pamiętam, skąd go mam! To pozostałość po bójce z bratem. Ja go wytargałam za włosy i utłukłam pięścią, on mnie podrapał po szyi i na rękach właśnie.
Straszne. Przerażające! I jakże smutne. Ja wiem, że dziewczynie w moim wieku nie przystoi chodzić jak oberwańcowi, jak zakapiorowi jakiemu nieziemskiemu, ale chyba mi tęskno do takich strupów. Pamiętam to porównywanie wśród dzieci z podwórka, kto miał większe strupy, bardziej kolorowe siniaki... Chachacha! To było życie, bez wątpienia!
I wtedy jakoś znosiłam wszystkie rany. Nawet byłam w stanie wylądować dwa razy na Langiewicza na szyciu łba, taka ze mnie zdolna dziecina była! Nie przeszkadzały mi żadne strupy - teraz na sam widok krwi słabnę; nie zawracałam sobie głowy siniakami - a teraz uważam, żeby nie zrobić sobie takowego w widocznym miejscu; choć bolało, to nie zwracałam uwagi na obtłuczenia - teraz już nie mam takich problemów...
Niewątpliwie poziom bezpieczeństwa wzrósł. Ale atrakcyjność życia spadła z pieca na łeb, na szyję i na zbity do krwi pysk. Nie, nie do krwi. Bo przecież obecnie swoją krew widuję niezmiernie rzadko jedynie w gabinecie zabiegowym przy pobieraniu. Nawet mi z głupiego nosa farba nie pójdzie.

Chyba mnie pobić powinni, żebym się nacieszyła.

Mademoiselle przyrzeka solennie, że gdy tylko zrobi się cieplej, będzie hasać bez opamiętania i samokontroli, i że nabije sobie wielkiego guza na środku czoła jak teraz wybija jajka na patelnię, i że postara się o masę strupów we wszystkich widocznych miejscach, i że da się pokąsać pszczołom, zbierając kwiatki, i że spadnie z drzewa, budując na gałęziach i wśród liści bazę, i że wpadnie pod samochód i połamie obie ręce i obie nogi.
No, może jednak darujmy sobie ostatnie tragizmy. Reszta aktualna.
środa, 16 marca 2005
Zima się rozpływa
Świat zewnętrzny zdejmuje dość niechętnie i ospale zimową szatę. Jeszcze niedawno lśniący, puszysty, odbijający każdy wesoły promyk słońca śnieg zaczyna szarzeć, niknie w oczach, odsłaniając nieśmiałą i jeszcze niedorosłą trawę, a na chodnikach zostawiając pomieszany z wodą brudny piasek. Na mojej ulicy widać wszystkie śmieszne łaty i samochody wreszcie mogą bez przeszkód się wyminąć, a kilka dni temu zwężenie po bokach było wyraźne. Czapy białego puchu nie zdobią już samochodów pod blokiem, dachów klatek, latarń ani nawet skrzynek pocztowych. Z szaroburej i brudnobiałej ziemi wystają jak szkielety śpiące drzewa i swobodnie kołyszą się na mroźnym wietrze. Czekają na powiew świeżego wiatru wiosennego, aby mogły się zbudzić na nowo...
Słupek rtęci w termometrze za oknem wspiął się bohatersko do dziesiątej czerwonej kreski. Dziesięć stopni! Bukareszt - trzynaście, przeleciało mi przez myśl, ale nie wiedziałam, czy mu zazdrościć, więc myśl odgoniłam.
Niebo w kolorze gołębim. Zimne. Smutne. I przeraźliwie spokojne... Nie spadnie z niego deszcz, niestety. O świeżym śniegu nie ma co marzyć przy takiej temperaturze. Zresztą to już nie chmury. To szczelna powłoka nad powierzchnią, zakrywająca słońce. Och, gdyby tak chociaż jeden promyczek radości przebił się przez ten pancerz! Jeden promień...
Martwa, głucha cisza. Chodnikami pospiesznie suną czarne postaci. Czarne... Niech oni wreszcie zrzucą tę mahoniową czerń, czarny popiel i czarny granat! To okropne. Niczym się od siebie nie różnią. Wszyscy omijają wielkie kałuże na chodnikach, zabawnie się przy tym kołysząc, wszyscy gdzieś się spieszą, wszyscy patrzą tylko pod nogi. Nikt nie spojrzy w niebo, nikt nie rzuci okiem na drzewa ani na śpiące między zaspami śniegu źdźbła nowej trawy. Nudni ci przechodnie...
Poza ludźmi innymi zwierzętami wędrującymi są psy. Pańskie. A właściwie jeden pies, który z wywieszonym ozorem pędził na połamanie nóg przed swym właścicielem. Bezdomnych psiaków ani kotów piwnicznych ani widu, ani słychu. Żaden taki nie przemknie, jak zawsze w cieplejsze dni, pod ścianą bloku naprzeciwko. Od lufciku do lufciku. Żaden. Nawet ta zagubiona kotka Alejandry.
Jedyna żywsza zieleń to ta na wspomnianym wieżowcu. I nieco dalej na salonie fryzjerskim. I jeszcze na supermarkecie. O, właśnie przejechał autobus miejski. Żywa zieleń... Gdzie tam! Sztuczna. Więc jaka ona tam żywa...
W przerwie między oddalonymi blokami, nad supermarketem, widać zasnute gęstą mgłą wzniesienia i wzgórza Wyżyny Kieleckiej, prawie zlewające się z niebem. Mgła jest tak gęsta, że nadaje górkom barwę niewyraźnego, jasnego błękitu.
Wszystko szarawe. Zabrudzone. Niewyraźne, rozmywające się. I takie nieporuszone. Martwo i z uśpionym utęsknieniem czekające na wiosnę...

A ta unosi się w powietrzu, ale nie wie, kiedy osiąść na ziemi. I nie wiadomo też, czy osiądzie miękko i gładko, zmywając do reszty zimowy krajobraz i siejąc uśmiechniętą zieleń, czy też upadnie gwałtownie, z dnia na dzień odmieniając świat zewnętrzny...
Na pewno unosi się w powietrzu. Wiem to. Moje zielone, doniczkowe badylki na parapecie także. Jeden z nich dziś właśnie wypuścił mały, niepozorny pęd, który dzielnie przebił się przez warstwy ziemi i wychylił główkę. Nie mogłam się powstrzymać. Pomogłam mu wydostać się i ujrzeć ostatnie zimowe światło, ostatni zimowy krajobraz, ostatnie zimowe dni. Z uśmiechem na ustach pogładziłam go delikatnie. A później rozmawiałam chwilę, darujac mu dwutlenek węgla.
Mój zwiastun wiosny. Radosny.
poniedziałek, 14 marca 2005
Rozmówki polsko-polskie
Koleżanka ustawiła sobie na Gadu-Gadu opis. Opis był wyrazem zapewne zniecierpliwienia i powstał na skutek gwałtownej emocji, która się w koleżance zrodziła. Głosił on:
"pierdole wszystko!!!"...

Chciałam wtrącić swoje trzy grosze, a że i ja byłam w podobnym stanie, więc wstawiłam u siebie:
"Madzia, ja też!"...

Po czym momentalnie Madzia zmieniła opis na:
"pierdole wszystko!!! a szczególnie Ciebie!"...

Naturalnie nie było to kierowane do mnie. Uznałam jednak, że nie jest bezpiecznie wtrącać się ze swoimi słowami, gdy ludzie poruszeni są przez gwałtowne i nieprzewidywalne emocje, zmuszające ich do wyklinania na cały świat.
Nowomoda
Wczoraj mać wybyła po raz kolejny, co uznać zależy za wielką niecodzienność i okazję do wybryków maści różnej.
Mademoiselle głód rzucił się na mózg. Albo raczej zaraziła się wariactwem od Ángeli. Wczoraj pełną parą ruszył w mieszkaniu państwa D. zakład krawiecki i pokaz mody. Sąsiadom spod podłogi chyba znowu na nerwach dźwięcznie zagrałyśmy. Obcasami.

Tkwiłam przy komputerze, to są zwyczajne dzieje. A tu niezwyczajnie wpada mi ta kreatywna idiotka do pokoju w... spódniczce bardzomini, szpilkach, z gołym brzuchem i duszą na wierzchu! Spojrzałam na nią z przerażeniem, które, gdy tylko się poruszyła, przemieniło się cudownie w zachwyt. Ale coś mi nie pasowało w tej bardzominiówce. Podeszłam do Ángeli, ucharakteryzowanej na córę Koryntu, i...
Tak! Kiecka została wyprodukowana w ciągu pół minuty własnoręcznie przez Angie! Rany koguta przejechanego, co ona tym razem pocięła?! Zastanawiałam się nad tym, ale nie dane mi było wykrzyknąć "eureka!". Zatchnęło mnie bowiem doszczętnie.

Powiedziałam, że też chciałabym taką mieć, by pokazać (bynajmniej nie przy ludziach, nie w tłumie, ale jednostkom wybranym owszem) swoje nogi. Nie przy ludziach dlatego, że bardzominiówka nieco za dużo odsłania. Jest tak skonstruowana, by przy siadaniu pokazywać to i owo, natomiast schylanie się w niej nie wchodzi w rachubę za żadne skarby świata bajek i legend.
Angie uprzejmie zaprowadziła mnie do drugiego pokoju, pochwyciła z wersalki jakąś bluzę; rozpoznałam w niej swoją starą bluzę wakacyjną ze ściągaczami umieszczonymi wszędzie, gdzie tylko się dało, zresztą prezent od Starej Gropy Ślichowickiej (mojej "ukochanej" babki). Poprowadziła mnie do kuchni, położyła szmatę na blacie maszyny do szycia, złapała nożyczki i elegancko, równo, bez zadziorów i krzywizn odcięła górę bluzy, pozostawiając tylko to, co pomiędzy piersiami a dolnym ściągaczem się mieści. Kazała mi to włożyć. Wahałam się, toteż posłałam bardzominiówkę gdzieś do kąta i powróciłam do komputera.
Nie skończyły się jednakże harce Ángeli w przedpokoju. Z szafy wygrzebywała coraz to ciekawsze pary butów na obcasach i próbowała bezustannie, nie tracąc nadziei, wepchnąć swoje "stópki" słoniowe w buty niewłasne. Skończyło się odciskami, ale buty weszły! Pełna podziwu, zachęcona sukcesami Angie w tworzeniu nowych ubrań i nakładaniu efektownego makijażu, postanowiłam zaszaleć, rozebrać się do rosołu, zakryć co nieco i wystąpić.

Na zaaranżowanie wybiegu dla zwierząt, znaczy dla mnie i Ángeli, przyszło trochę poczekać. W stercie szmat na wersalce znalazłam jeszcze szalik, całkiem bezużyteczny, bo niemodny, ale przede wszystkim za cienki i zbyt krótki. Postanowiłam zrobić z niego użytek i zakryć nim jakoś tors.
Przerzuciłam go jak typowy szalik przez kark, spięłam agrafką na mostku, a końce przeciągnęłam na wystających cokolwiek za bardzo żebrach do tyłu. Zapamiętałam, gdzie końce owe urozmaicić guzikiem i dziurką, po czym ściągnęłam szmatę z siebie i na kolanach, na ślepo, drżącymi rękami wszywałam guzik i obszywałam dziurkę.
W końcu założyłam cholerstwo. Założyłam bardzominiówkę. Wygrzebałam jakieś ładne i wygodne buty. Te w kolorze beżowym. Góra granatowa i niebieska. W makijaże i koafiury już mi się nie chciało bawić. Wskoczyłam taka, od szyi w dół ucharakteryzowana na ulicznicę, do pokoju, gdzie Ángela okupowała namiętnie komputer. Tańczyłam chwilę przy "Daj zaczarować się" Zdzisławy Sośnickiej (Boże, oszalałam na punkcie jej piosenek, głosu, nawet imienia!), po czym wyciągnęłam kochanieńką Angie z jaskini rozpusty, to jest pokoju z komputerem.
Zaczęło się granie obcasami sąsiadom na nerwach. Latałyśmy po mieszkaniu. Herbatę robiłam na obcasach, na obcasach ją transportowałam, na obcasach również chodziłam bezcelowo po mieszkaniu, na obcasach - dla samego słuchania ich stukania.
No i naturalnie żeby nie zapomnieć, jak się na obcasach chodzi, bo czasami jednak trzeba będzie założyć coś bardziej eleganckiego od sportowego obuwia.

Nowomoda zgasła, gdy do domu wpadła mać.
A ja zapomniałam oczywiście, gdzie schowałam bardzomini i to cudo produkcji własnej, przeróbkę z szalika.
Mademoiselle ogłasza więc, że idzie tych skarbów poszukać.
czwartek, 10 marca 2005
Rozbój sobotniego okołopołudnia - akt trzeci
Rozpoczął się akt trzeci, ostatni, w scenerii kuchennej już po sprzątaniu i wietrzeniu, więc nie było obaw o dostanie się irytujących i toksycznych paprochów do jedzenia.
Akt trzeci pod tytułem "Sałatka na wesoło" obfitował w takie zabawne i jakże infantylne scenki, jak krojenie warzywa grzbietem noża, wzajemne dźganie się czubkiem noża, płaszczenie oślizgłego ziemniaka bokiem (!) noża, zbieranie kawałków warzyw z podłogi, pchanie jabłek (jako najsmaczniejszego składnika sałatki) do własnych gąb zamiast do miski. Więcej grzechów tego aktu nie pamiętam.
Mateczka w swoim umyśle ochrzciła nas po dzieciach Czarnobyla dziećmi Zatoki Minamata, co oznaczało, że gorzej być nie może. Odgoniła nas od sałatki wzorem "Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść".

Ja byłam padnięta. Z bolącą głową, bolącą szczęką, bolącymi policzkami, bolącym brzuchem - od śmiechu oczywiście - położyłam się spać, bo dłużej już nie mogłam funkcjonować. Poszłam do łóżka nie później niż o piętnastej i nie wstawałam aż do ósmej rano następnego dnia.
Rozbój sobotniego okołopołudnia - akt drugi
Akt drugi był niepomiernie krótszy, dostarczył nam co prawda mnóstwo śmiechu, jednak zapamiętałam z niego tylko dwa epizody.
Mateczka kupiła sobie nowe butki na wiosnę, przymierzała je i stała przed lustrem w przedpokoju, podwijając sobie nogawki spodni i kreując te spodnie na spódnicę. Chodziło jej o długość spódnicy do butków.
Ja kucałam pod ścianą naprzeciwko drzwi wejściowych, podziwiając te zabiegi, brat siadł za zakrętem korytarza, pod drzwiami łazienki, w moim sąsiedztwie, jednak jego mama widzieć nie mogła. W końcu podwinęła nogawki do satysfakcjonującej ją wysokości i rzekła:
- O, na wakacje to ja sobie tak strzelę!-na to brat zaniósł się dzikim śmiechem.
W ogóle nie wiedziałam, o co chodzi, ale zaraził mnie i śmiałam się również. Zrozumiałam, co mu po głowie chodzi dopiero, gdy sformowaną w pistolet dłoń przyłożył do skroni i "nacisnął spust". Wybuchnęłam opętańczym śmiechem i wykrztusiłam z siebie nie bez wysiłku:
- Strzel sobie, tylko czemu dopiero na wakacje?!

Później mateczka spacerowała po naszym pokoju w tych butach, po na posadzce przedpokoju było jej za ślisko; tak sobie wędrowała w tę i z powrotem, znów podwijała nogawki, tworząc krótszą od spodni spódnicę; oczywiście ja i brat byliśmy w pokoju. Ja, podchodząc do mamy, rzekłam z namysłem:
- Wiesz co, ja to radzę ci wyjść...-na co brat wpadł mi w pół zdania:
- ...na idiotkę!
Tego nie wytrzymałam, oddałam salwę gromkiego śmiechu i znowu pokładałam się na podłodze.
Akt drugi dobiegł końca, mateczka uznała nas zapewne za dzieci Czarnobyla, buty zdjęła i kazała pokroić warzywa na sałatkę.
Rozbój sobotniego okołopołudnia - akt pierwszy
W sobotę przed południem mateczka nasza, znaczy moja i mojego genialnego brata, wybyła na miasto w celach bliżej mi nieznanych, co natychmiast wykorzystaliśmy. Już od długiego czasu nas nosiło i musieliśmy dokonać na jakimś bezbronnym przedmiocie dzieła zniszczenia. Niewinne przedmioty były już dawno wyznaczone, brakowało tylko świętego spokoju, który nastał wreszcie po ulotnieniu się naszej mateczki z domu.
Jej wyjście potraktowałam dość obojętnie, bo zajęta byłam komunikowaniem się ze znajomymi na Gadu-Gadu i innymi rzeczami, które robi się w uzależnieniu od komputera; ani w głowie mi były wariactwa.

Kilka minut po wyjściu mateczki stanął w drzwiach naszego pokoju brat, trzymając w rękach stary, zdemontowany napęd CD-ROM, a twarz jego zdobił złowrogi, szelmowski uśmieszek. Pojęłam w lot, co się będzie zaraz działo, nie musiał nawet się odzywać.
Napęd położył na podłodze naszego pokoju, zaraz przed drzwiami; to jedyna niewyremontowana podłoga w mieszkaniu, więc nadawała się idealnie do operacji, jakie na niej poczyniono.
Napęd leżał i czekał na zagładę. Brat skoczył jednym susem do szafki i wydobył z niej półmetrowej długości młotek. Przepraszam, młot. Po chwili rozpętało się piekło, któremu do końca było niezmiernie daleko...
Masakrowanie, ruinacja, niszczenie, demolowanie poczynione zostały nie tylko na napędzie (którego szczątki znajdowałam potem w całym mieszkaniu), ale także i na podłodze, która wzbogaciła się o nieziemskie wądoły, dziury, zarysowania, przez co obecnie wygląda jak potraktowana serią z karabinu maszynowego.
Szczęk metalu kaleczył uszy dotkliwie, brzęki niosło po całym mieszkaniu, mało! cały blok musiał nas słyszeć, hałas potworny byłby w stanie zburzyć obie wieże Petronas w Kuala Lumpur; zaczęłam się obawiać, że przyjdzie któryś z sąsiadów z wyrzutami, że nam się w głowach poprzewracało (miałby taki rację), ale widocznie uznali, że państwo D. robią remont. Toteż niezrażona bez opamiętania tłukłam metal na zmianę z bratem. Znaczy ja i brat tłukliśmy, a nie ja metal i brata. Kiedy nie tłukłam, tarzałam się po podłodze ze śmiechu i niekontrolowanych emocji, jakie mną zawładnęły; brat z furią uderzał, a taki miał w oczach zapał do tego, co robił! Tłukł bez opamiętania, bez litości, bez miłosierdzia dla sąsiadów, więc wzięłam z niego przykład.
Debilna orgia dobiegła końca, gdy z napędu nie pozostało nic poza pogiętą blachą, której nijak nie udało się rozkawałkować.

Przyszedł czas na uprzątnięcie burdelu, jaki wyprodukowaliśmy. Gdzie stąpnęłam, tam pod stopami chrzęściły jakieś fragmenty nieszczęsnego napędu. Śrubki, metale, plastiki, większe odłamki, mniejsze kawałki i ogólnie pojęte szczątki znalazłam w odległości trzech metrów od miejsca orgii. Zabawa z odkurzaczem została przydzielona mnie i szybko się uporałam z zadaniem; chciałam wrócić do komputera i kontynuować zaczęte rozmowy. Nie dane mi było.

W mieszkaniu ucichło znacznie, ale jak się okazało, była to cisza po burzy, a przed rozgrzewającym ogniskiem. Nie harcerskim, a domowym. Było "Domowe przedszkole", a my mieliśmy domowe ognisko.
Siedziałam przy biurku, próbując się uspokoić, pohamować śmiech; usłyszałam przesuwanie drzwi szafy w przedpokoju. W drzwiach pojawił się brat z czymś schowanym za plecami. Zmarszczyłam brwi i spytałam:
- Co tam masz? Chyba nie młotek?...
Na co brat dumnie wyciągnął przed siebie rękę, w której dzierżył jednego misiowatego trepka, obrzydliwie różowego, mojego z zeszłej zimy. W lot pojęłam, co szykujemy.
Papuć wylądował na podłodze - tym razem, dla odmiany - w łazience. Pobiegłam instynktownie do kuchni, capnęłam zapałki i dawaj! podpalać trepa. Zapaliłam mu bez przeszkód antenkę czy co tam wystawało z czapeczki w szkocką kratę, zajęła się ogniem i po chwili łeb płonął. Brat szybko zapalał kolejne zapałki i wtykał je gdzie popadło, na szczęście tylko w miśka, a nie na przykład w sterty ciuchów do prania, leżących obok. Wkrótce buchnął żywy ogień, podsycony perfumami Adidasa.
Perfumy wykorzystał brat zamiast denaturatu, który został spożytkowany przy poprzednich piromaniackich zabawach. Perfumy były prezentem, ale był to prezent, który mu się nie spodobał niestety, ale należało go jakoś wykorzystać, bo zwrócić go nie wypadało.
Ogień, tak wspaniale odżywiony, sięgnął pasa. Dym - samego sufitu. Wszystkie okna w mieszkaniu zostały uaktywnione w celu wytworzenia przeciągu.
Kiedy nie dało się już wejść do łazienki bez uszczerbku na zdrowiu, brat wynalazł inny sposób wykorzystania perfum Adidasa. Przez otwarte na oścież okno kuchenne wystawił łapę z flaszką i począł wypryskiwać zapachy na zewnątrz.
- Co ty wyprawiasz?!-spytałam, dławiąc się ze śmiechu.
- Deszcz!-odrzekł radosny.
Rzuciłam okiem na kwiatki na parapecie, znienawidzone i śmierdzące pelargonie. Zaczepiłam brata, zaabsorbowanego adidasowym opryskiem świata zewnętrznego, wskazałam pelargonie palcem i już po chwili całkowicie i dokładnie zostały spryskane perfumami. Powąchałam z ciekawości naturalnej i mnie odrzuciło. Nic pelargonii. Sto procent Adidasa.

Tymczasem dym zwiększał się. Odór palącego się tworzywa sztucznego wyłaził z łazienki razem z dymem niekontrolowanie. Wkrótce dymu narosło i było go tyle, że groziło nam to zaczadzeniem. Wyobrażam sobie te czarniawe kłęby, ulatujące przez okno; wyobrażam sobie reakcje ludzi, widzących owe kłęby... Straż pożarna jednak nie przyjechała, dzięki Bogu.
Dla powstrzymania agresywnej ekspansji dymu z łazienki brat zamknął drzwi pomieszczenia, doprowadzając do niewyobrażalnej kumulacji trujących parów. Ja wyniosłam się do naszego pokoju, gdzie przy otwartym oknie dało się odetchnąć świeżym powietrzem, brat został w kuchni. Jak się okazało po chwili, wcale nie korzystał z tlenu przy oknie, tylko zaczął grzebać w szafce. Usłyszałam jakieś brzęknięcie, poruszyłam się niespokojnie, ale postanowiłam nie zawracać sobie umysłu brzęknięciami w kuchni i nałapać tlenu. Nagle zostałam zaskoczona, z głową utkwioną w oknie usłyszałam donośny, doskonale znany mi odgłos. Wpadłam jak rozdrażniony byk do przedpokoju, a pod stopami zachrzęściło mi głośno. Ten półgłów na zamkniętych drzwiach łazienki rozbił kolejną szklankę zero-trzy-trzy litra!
Do sprzątania wszechobecnych szczątków szklanicy zaprzągł mnie, ja szybko uwinęłam się z narzuconym zadaniem, bo należało zajrzeć do łazienki. Obawiałam się, że ogień sięgnie niebawem sufitu, dym zacznie wyłazić przez wszystkie szpary między drzwiami a futryną, odpływy i rury, pion wodno-kanalizacyjny i wywietrznik. W końcu drzwi otworzyłam.
Dym buchnął nam prosto w twarze i tylko natychmiastowe wycofanie się uratowało nas przed permanentnym osmoleniem.

Funkcje straży pożarnej przejęłam ja sama we własnej przytomnej osobie, skoczyłam jak łania leśna do kuchni, wyciągnęłam miskę z szafki, napełniłam wodą, a biegnąc jak szalona do łazienki wylałam połowę na korytarzu, prawie się poślizgnęłam, szczęśliwie jednak dotarłam do pożaru i chlusnęłam nań wodą. Zgasiłam połowę, w dymie zaczęło mi niemiłosiernie szczypać oczy. Paliło się niestety nadal. Wykonałam jeszcze dwa takie kursy w funkcji beczkowozu, zalewając w połowie korytarz, a całkowicie podłogę łazienki.
Pożar ugasiłam, podłogę zalałam, smród zintensywniał, dymu przestało przybywać, w końcu wywiało go z przeciągiem i oddychać się dało.
Kiedy wejście do łazienki bez maski gazowej stało się możliwe, uprzątnęliśmy zwłoki misiowatego trepka do wora na śmieci. Czarnego - na zwłoki - nie miałam na stanie, toteż użyłam niebieskiego.
Ach, to okropne tworzywo sztuczne! Odór, jakich jeszcze nie podziwiałam swoim nosem. Ujęty w dłonie trepek trzeszczał i rozpadał się w kawałki. Przetransportowanie wszystkiego do worka wymagało stalowych nerwów. Ja, z natury nerwista, wycofałam się od razu i do sprzątania łazienki wydelegowałam brata.
Regularnie podrzucałam mu szmaty do wytarcia podłogi i worki na śmieci. Sprzątanie łazienki zostało jednak w połowie przerwane.
Brat wywędrował do przedpokoju, złapał drugiego paskudnego, różowego trepa, a ja pociągnęłam ich obu do kuchni. Ten uniknął spalenia. Papuć znaczy, nie brat. Spotkało go rozprucie! Z dziką furią w oczach, zapaleniem prawdziwym, pasją i namiętnością w dłoniach dźgaliśmy go dotkliwie nożykiem do obierania ziemniaków. Różowe strzępki fruwały po całej kuchni, niesione z przeciągiem, wlatując do zlewu, do gara z zupą, kwiatków na parapecie i za kaloryfer. Plusz wyciągnięty z misia brat pochwycił w swoje zbrodnicze dłonie i, nie mając widocznie innego pomysłu na pozbycie się go, wyrzucił przez otwarte okno, każąc mi to interpretować jako "spadający śnieg". Nie ma to jak odpowiedni punkt spojrzenia na zjawisko, pomyślałam.

Po osuszeniu podłogi w łazience, zamiataniu podłogi w westybulu, upstrzonej malowniczo odłamkami szkła, trzykrotnym odkurzaniu małego pokoju i jednokrotnym odkurzeniu reszty mieszkania trzeba było zająć się zaszczyconą pożarem łazienką, doprowadzoną do stanu opłakanego. Podłoga pomieszczenia została wyfroterowana, mimo to został na niej przypalony ślad; półki umyte i uprzątnięte. Biała pokrywa pralki, dotknięta przez brata uczernioną łapą, nie dała się niestety doczyścić, za co później nam się dostało. Muszla klozetowa, która wyglądała, jakby to w niej palono ognisko, także została wyglancowana.
Po pożarze zauważyłam, że w całym, calusieńkim mieszkaniu zagnieździły się paprochy, czarne, małe i obrzydliwe. Przeciąg nie dość, że przewietrzył wszystko, to jeszcze rozniósł po całym mieszkaniu te okropne i namolne paprochy! Paprosek, co ma dupkę i nosek, na widok jednego takiego pomyślałam sobie, i bez entuzjazmu przystąpiłam do wypozbywania się ich. W łazience je wykurzyliśmy wspólnymi siłami z bratem, w naszym pokoju zabrudziłam paluchami klawiaturę, bo miałam to paskudztwo na wszystkich dziesięciu palcach obu dłoni, gdybym pisała jeszcze więcej podczas tego pożaru, to klawiatura niewątpliwie zmieniłaby kolor na czarny. To było wszędzie: na biurku, na parapecie, następnego dnia sprzątnęłam ostatnie z monitora. W kuchni zamieszkały te paprochy na szafce przy kuchence, zaraz przy wejściu do pomieszczenia. Najgorzej było w dużym pokoju.
Tam były na każdej bez najmniejszego wyjątku półce. Na komodzie, na telewizorze, DVD, magnetowidzie, szafce pod to wszystko, na półkach obok, na barku, na półkach wiszących, w kwiatkach, na kwiatkach, na materiałach i ciuchach, na stole i podłodze... Mamuśka tego nie zauważyła, gdy przyszła, bo szczęściem nie wchodziła do dużego pokoju, ale z bratem sprzątnęliśmy tam dopiero po jej przyjściu, bo dopiero wtedy zauważyliśmy, że tyle tego jest. Nie zajęło nam to wiele czasu - trzeba bylo wykonać robotę szybko, sprawnie i bezbłędnie, bo w każdej chwili mama mogła wejść.

Gdy przyszła do domu i powiedzieliśmy jej, że sprzątnęliśmy łazienkę, zarzuciła nam, że nie zajęliśmy się umywalką!
Zniszczony napęd CD-ROM miał swoje wytłumaczenie, wyprodukowane w twórczym uniesieniu przez brata. W razie zapytania o miejsce pobytu owego napędu miała paść odpowiedź, że wydano go domokrążnym dzieciom, zbierającym złom. Wytłumaczenie nie zostało jednak wykorzystane. Na temat napędu i młotka wydało się wszystko!
Ja chichotałam po kątach jak pensjonarki, brat roześmiał się w głos i trzeba było "wszystko" opowiedzieć, mateczka poczuła spaleniznę, zobaczyła nieszczęsne paprochy i potwornie zniszczoną podłogę na wstępie do małego pokoju.
W pełni na jaw wyszedł spalony papuć. Dziurawa podłoga nie ma w oczach mateczki związku z młotkiem i napędem, szklanka jest dla niej tajemnicą. Porżnięty chirurgicznie trep również owiany jest mgłą, podział się nie wiadomo gdzie i nie ma go.
Na widok podłogi mateczka dostała apopleksji, na widok obrzydliwie brudnej pralki szlag ją trafił. A my z bratem tylko się chichotaliśmy...
Akt pierwszy dobiegł końca.
wtorek, 08 marca 2005
Z życia zawziętego mieszczucha
Znam takiego. A raczej taką, bo to osobnik płci żeńskiej. Jest psychicznie skrzywiona. Jeździ komunikacją miejską i szuka dziury w całym. W całym systemie komunikacji, a nie poszczególnych autobusach, ma się rozumieć. Potem wysyła swoje spostrzeżenia do odpowiednich władz. A władze zbywają ją zdaniami prostymi zbudowanymi na zasadzie "masła maślanego". Ale ona nie poddaje się. I nadal pisze. Trudno, każdy ma swoje zboczenia.

Jest ciągle nienasycona. Swoim miastem. Zamieszkuje blok, a raczej jego wydzieloną część o powierzchni bardzo ograniczającej, zwaną powszechnie mieszkaniem. Bez przerwy uskutecznia spacery po wszelkich dostępnych i niedostępnych częściach miasta. I urządza coroczne wycieczki niezbyt zorganizowane na miejską górę z klasztorem. Z tego powodu wycieczki zwane są "pilgrzymkami". W "pilgrzymkach" udział biorą ona sama, znaczy ta skrzywiona, oraz jej brat, również nie pozbawiony skrzywień i rys psychicznych, a także bliska znajoma, tak zwana sąsiadka, a pełniej: koleżanka. Cele "pilgrzymek" nikomu nie są znane, ale nikt nie śmie kwestionować konieczności ich odprawiania. Prawdopodobnie za choć słowo sprzeciwu grozi coś w rodzaju wykluczenia ze wspólnoty. Pilgrzymkowej ma się rozumieć. I niezaspokojona wciąż i wciąż swoim miastem wyprawia się samotnie w przeróżne jego zakątki, omijając miejsca gęsto zaludnione, a błądząc ciemnymi, niezbadanymi uliczkami, słabo uczęszczanymi alejami parkowymi lub zapuszczonymi chodnikami na krańcach miasta. Miasto jest średniej wielkości, ale generalnie wszędzie da się dotrzeć piechotą, mając przy okazji na oku piękne widoki, niebieskawe z odległości, porośnięte lasem iglastym góry między innymi, więc ona te spacery uskutecznia z niezwykłą regularnością i niezmienną zaciętością.

I ona jednocześnie tragicznie i histerycznie wzbrania się przed opuszczeniem tej jej perełki, jej miasta. I za Chiny Ludowe wyjechać nie chce na wieś. Twierdzi, że w tym jej mieście, z zaniedbaną komunikacją, nieregularnie, wręcz rzutami odnawianym Centrum, bezrobociem rażącym w oczy i bandytyzmem widocznym na każdym kroku, że w tym właśnie jej świętym mieście jest jej dobrze. Dziwna kobieta. Znam ją już tych kilka lat. Ta kobieta to ja.